Kilka słów o papieżu alpiniście.

   O tym papieżu mówiono, że chyba nie wytrzyma za spiżową bramą do końca życia. Chodził zawsze zamaszystym krokiem, aby efektywnie pracować potrzebował długich spacerów, najlepiej wypoczywał na łonie natury. Jeśli wierzyć anegdotom, podczas pobytu w Krakowie wymknął się kilkukrotnie na wspinaczkę w Tatrach.  O kim mowa???

Watykan pamięta wielu różnych, nie zawsze chlubnych, papieży, ale był tylko jeden papież – alpinista. Miłośnik gór, profesjonalny wspinacz, członek klubu alpejskiego, w końcu zdobywca m.in. Mont Blanc i Matterhornu. Przedstawiam Wam Piusa XI. 🙂

pius_xi

Pius XI

  Ambrogio Damiano Achille Ratti czyli przyszły Pius XI z pochodzenia był Włochem, urodził się 1857 r. w Desio. Ukończył seminarium w Mediolanie, następnie studiował w Rzymie, gdzie obronił 3 doktoraty. Dla tego tekstu istotny jest właśnie ten okres po zakończeniu studiów oraz powrót do Mediolanu (1888r.). Tam przyszły Pius XI rozpoczął pracę w Bibliotece Ambrozjańskiej. Było to Jego zajęcie przez blisko 30 lat. Zaczynał będąc bardzo młodym bo miał zaledwie 31 lat. Właśnie w tym czasie (kiedy pracował w Bibliotece) ks. Ratti był najbardziej  „aktywny” górsko. Wynikało to przede wszystkim z faktu,  że miał wtedy stosunkowo najwięcej czasu. Żaden kapłan, nie dysponuje w 100% swoim czasem. Wraz z przyjętymi święceniami, „poddaje” się swojemu przełożonemu i odtąd to praca dla Kościoła jest (ma być) dla Niego priorytetem. Zwłaszcza jeśli pełni jeszcze jakąś funkcję. Realizowanie własnych pasji stoi na dalszym planie. Okres kiedy ks. Ratti przebywał w Mediolanie, najbardziej sprzyjał rozwijaniu górskich zainteresowań – nigdy wcześniej i nigdy później po prostu już na to nie pozwalały mu obowiązki. Ale wróćmy do sedna. 🙂

   Ks. Ratti należał do Włoskiego Klubu Alpejskiego z którym odbył wiele wypraw w góry. Trzy z nich zasługują na specjalna uwagę. Są to: Monte Rosa, Matterhorn i Mont Blanc czyli „wielka trójka” alpejska.

   Monte Rosa, to ogromny (największy w Alpach) masyw górski na granicy Włoch i Szwajcarii. Ma kilka wierzchołków. Najwyższy z nich to Dufourspitze, drugi co do wysokości szczyt Europy po Mont Blanc (jeśli uznamy, że Elbrus nie jest w Europie). Ks. Ratti razem ze swoim przyjacielem ks. prof. L. Grasseli’em, J. Gadine’m oraz tragarzem A. Promentem zdobyli Dufouspitze (4.638m. n.p.m.) 31 lipca 1889r. Po osiągnięciu szczytu zeszli do szwajcarskiej miejscowości Zermatt, która leży prawie u podnóża Matterhornu. Wchodziłam na Dufouspitze 10 lat temu i najadłam się, już na grani szczytowej, (ostatnie 800 m.) sporo strachu. Tyle tylko, że wchodziłam tam z przewodnikiem i zdecydowanie nowocześniejszym sprzętem. Teraz jest to dość popularny szczyt, wtedy 1889r. rzadko odwiedzany.

   Podczas pobytu w Zermatt, ks. Ratti zachwycił się Matterhornem. Od razu zapragnął na niego wejść. Jak pomyślał tak uczynił i jeszcze podczas tego samego pobytu staną na wierzchołku. Dokładnie 7 sierpnia 1889 ok. 16:15 . Podczas zejścia, na biwaku przeżył śnieżycę i tak potężną wichurę, że nie słyszał nawet słów swojego partnera w namiocie.

   Rok później (31 lipca 1890r.) przyszły papież stanął na Mont Blanc. Tę wspinaczkę wspominał jako zdecydowanie najprzyjemniejszą spośród trzech wymienionych. Prawdopodobnie ze względu na piękną pogodę, idealną przejrzystość powietrza i brak wiatru.

   Ks. Ratti był profesjonalnym, wyszkolonym wspinaczem. W Klubie Alpejskim odbył szkolenie wspinaczkowe, chyba taki odpowiednik naszego kursu skałkowego (tego pełnego). Miał swój sprzęt oraz sporą ilość „przewodników” wspinaczkowych (dzisiejsze topo). Kilkukrotnie jeździł do Szwajcarii w skałki. Podczas wspomnianej już wspinaczki na Matterhorn jego partner i jednocześnie przewodnik wpadł do szczeliny. Ks. Ratti wyłapał jego lot i wydostał  ze szczeliny. Z Klubem Alpejskim ks. Ratti wszedł jeszcze na szczyt Lenzspitze w Szwajcarii (4294 m n.p.m.). Oprócz tego uczestniczył w wyjazdach w Pireneje i góry Hertzu w Niemczech. Systematycznie chodził po niższych partiach Alp.

   Po 30 latach pobytu w Mediolanie papież Benedykt XV mianował ks. Ratti prefektem Biblioteki Watykańskiej, a następnie swoim notariuszem. Od tej pory trzymał pieczę nad dokumentacją papieża i Watykanu.

   Kiedy Polska odzyskała niepodległość ks. Ratti został nuncjuszem apostolskim w Polsce i na Litwie. W Polsce został konsekrowany na biskupa przez polskich biskupów i już zawsze uważał się z polskiego biskupa. Jeśli wierzyć anegdocie, a opowiadał to tym pracownik kurii krakowskiej, podczas pobytu w tym mieście ks. Ratti kilkukrotnie wymykał się na wspinaczkę w Tatry. Był żywiołowym, energicznym człowiekiem, który aby efektywnie pracować potrzebował długich spacerów i kontaktu z przyrodą.

   W 1922r. został kardynałem i już pół roku później papieżem. Po wyborze przyjął imię Piusa XI. Czynną wspinaczkę porzucił, ale miłośnikiem gór został do końca życia. Ludziom gór dał własnego patrona. W 1926r. w 1000 rocznicę urodzin św. Bernarda z Menthon Pius XI uczynił Go patronem ludzi gór. O św. Bernardzie przeczytacie pod tym linkiem:

https://gorskieopowiesci.wordpress.com/2015/08/03/kto-nas-pilnuje-na-gorskich-szlakach/

Opublikowano Ludzie i góry | Otagowano | Dodaj komentarz

Co można znaleźć na Riabiej Skale? I czy warto tego szukać?

   Według jednej z legend Aleksy Dobosz, najsłynniejszy zbójnik wschodniokarpacki, ukrył na szczycie Riabiej Skały zrabowane przez siebie łupy. Dziś kilka słów o tej historii…..

dsc_0014

Widok ze szlaku na Riabią Skałę.

     Riabia Skała (nazywana mylnie Rabią, w rzeczywistości nazwa pochodzi od ukraińskiego słowa „riabyj”- pstry) jest jednym z najpopularniejszych szczytów w Bieszczadach. Najkrótszą drogą można na niego wejść z Wetliny w 2h. Większość turystów odwiedzających Bieszczady tak właśnie robi. Nie ma się co dziwić bo podejście jest łatwe i wygodne, w sam raz na przysłowiowy „dłuższy spacer”. Wydaje się więc, że tak popularne miejsce niczym nie może już zaskoczyć. Czy na pewno ? Czy warto iść na Riabią Skałę ? Co dokładnie o można tam znaleźć? O tym dzisiaj  kilka słów.

     Aleksy Dobosz, najsłynniejszy zbójnik wschodniokarpacki, a być może nawet w ogóle karpacki, urodził się w 1710r. (tak przyjmujemy) w Peczeniżynie, niedaleko Kołomyi (obecnie Ukraina).  Terenami na których mieszkał i najczęściej „zbójował” były więc: Pokucie i Huculszczyzna. Pochodził z ubogiej chłopskiej rodziny, był hucułem, ale potrafił czytać i pisać. Dobosz szczególnie upodobał sobie Czarnohorę, gdzie było ponoć najwięcej jego kryjówek.

dobosz

Aleksy Dobosz

   Za życia Dobosza (1710-1745) całe Karpaty Wschodnie czyli Jego rodzinne tereny znajdowały się w granicach Polski; wtedy Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Co więcej administracyjnie cały tamten rejon, oraz teren naszych obecnych Bieszczadów należały do jednego województwa ruskiego. Po rozbiorach znalazł się pod zaborem austriackim (Galicja). W okresie swojej największej sławy i „osiągnięć” Dobosz zapuszczał się daleko poza Pokucie i Huculszczyznę m.in. daleko na Podole, oraz w Bieszczady. Legendy mówią o kilku takich wizytach Dobosza. W rzeczywistości jest niemal pewne, że zbójnik faktycznie bywał (zbójował) na tych terenach.

Według jednej z legend Dobosz ukrył na szczycie Riabej Skały łupy zrabowane w 1744r. z Synagogi w Gwoźdźcu oraz dworu Karpińskich (rodziców poety Franciszka Karpińskiego) w Hołoskowie, na który napadał zresztą kilkukrotnie. Czemu akurat na Riabiej Skale? Czemu tak daleko? Można się tylko domyślać. Prawdopodobnie Dobosz sądził, że łatwiej pozbędzie się (sprzeda, wymieni) zrabowanych rzeczy na „obcym” terenie. Chciał prawdopodobnie przetrzymać łupy w ziemi aż sprawa napadów przycichnie i będzie mógł je bezpiecznie spieniężyć

   Jeśli wierzyć legendzie skarbów było tak wiele, że zbójnicy zakopywali je przez 4 noce.        Co więc znajduje się pod ziemią? Z dworu Karpińskich zrabowano sporą ilość klejnotów i garderoby (suknie, futra), a także srebrną zastawę i broń palną. Znacznie więcej udało się Doboszowi ukraść z Synagogi. W momencie napadu znajdowały się tam bowiem towary, które miejscowa ludność zamierzała sprzedać na jarmarku.

dsc_0029

Szczyt Riabiej Skały.

Aleksy Dobosz został postrzelony przez chłopa-hucuła Stephana Dźwińczuka, któremu uwiódł żonę. Chociaż rana nie była śmiertelna, to na tyle rozległa, że zbójnik zmarł z wycieńczenia i wykrwawienia w lesie 24/25 sierpnia 1745r. Taka banalna śmierć go spotkała, że aż trudno w to uwierzyć. Dźwińczuk zupełnie się tego nie spodziewając nagle stał się bohaterem. Został zwolniony z odrabiania pańszczyzny oraz otrzymał nagrodę wyznaczoną z głowę zbójnika. Po Doboszu płakała nie jedna panna. Natomiast okoliczni duchowni i właściciele dworów przez tydzień z radości biesiadowali.

   Po łupy ukryte na Riabiej Skale nie wrócono właśnie ze względu na śmierć herszta bandy. Zaraz po tych wydarzeniach nikt nie miał do tego głowy, a z czasem o tym zapomniano. Zresztą następca Dobosza, Bajurak „zbójował” tylko rok. Został złapany i powieszony.

   Między miejscową ludnością przekazywano sobie z ust do ust historię o ukrytych na Riabiej Skale skarbach, ale nikt nie odważył się ich szukać. Miała za to czekać kara śmierci przez rażenie piorunem podczas pierwszej burzy po odnalezieniu łupów. Ponoć chłop z Kalnicy obserwował w ukryciu jak Dobosz i jego banda zakopują przez 4 noce z rzędu zrabowane skarby. Miał na nie zapewne sam chrapkę. Niestety ostatniej nocy kiedy już dokładnie zasypywano i porządkowano teren jeden ze zbójników rzucił na skradzione przedmioty urok. Jego klątwa była tym bardziej „wiarygodna”, że  był ponoć niedoszłym księdzem. Jeszcze jako kleryk uciekł z seminarium za huculską chłopką uważaną za lokalną czarownicę. Nikt więc komu życie było miłe nie chciał narażać się na rażenie piorunem i skarb zostawiono samemu sobie.


Pisząc ten teskt korzystałam z:
  • -Zdzisław Piasecki „Byli chłopcy, byli….Zbójectwo Karpackie-prawda historyczna, folklor i literatura polska” 1973r.
  • – Andrzej Potocki „Księga legend i opowieści bieszczadzkich” Wydawnictwo Libra 2008r.
 
Opublikowano Ciekawostaki, Górskie Opowieści | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

W krainie Łemków.

   Nasze pierwsze wakacje z dzieckiem siłą rzeczy musiały „zejść” w niższe góry. Dlatego czerwiec spędziliśmy więc w Beskidzie Niskim na Łemkowszczyźnie w małej wiosce Zyndranowa, która stała się naszą bazą wypadową.

   Przywiozłam stamtąd książkę Andrzeja Karczmarzewskiego pt.”Świat Łemków”. Jest to przepięknie wydana książka (właściwie książko-album) na eleganckim, grubym papierze, w twardej oprawie, bogato ilustrowana po prostu śliczna. Liczy ponad 250 str. (samego tekstu), na oko ponad 200 fotografii, kilkanaście mapek, rysunków i grafik. Wizualnie jest to jedna z ładniejszych książek o Łemkach jakie widziałam. Bardzo spójna graficznie, pięknie złamana, elegancka pozycja.

   Cena 62 zł. Dużo? Sama nie wiem. Dla mnie jest warta tych pieniędzy i chociaż sama otrzymałam ją jako prezent, na pewno bym ją kupiła wcześniej czy później. Mam też sentyment do Wydawnictwa Libra, które publikuje bardzo interesujące, wartościowe książki o Karpatach.

20160623_094712

   Po przeczytaniu tej książki nasuwają mi się dwa słowa: bardzo zrozumiałą. Słowem kluczem do tej publikacji wydają mi się właśnie te słowa.

   O Łemkach wiadomo bardzo dużo, sporo też już na ich temat napisano. Od kilku lat sami Łemkowie organizują się, spotykają, bardzo świadomie podchodzą do swoich korzeni, chętnie o nich mówią. Raczej już niczego odkrywczego, czego byśmy się nie spodziewali o Łemkach już się nie dowiemy, pozostaje tylko wybór jak głęboko wgryziemy się w ten temat. Wydaje mi się, że w tej książce temat zostaje „ugryziony” wystarczająco. Na tyle, że po zapoznaniu się z jej treścią Czytelnik otrzyma solidne kompedium wiedzy o Łemkach; ich zwyczajach, sposobie życia, obrzędach, strojach, wierzeniach itp.

   W książce jest 17 rozdziałów (nie licząc wstępu i zakończenia) logicznie podzielonych tematycznie np: strój, budownictwo, zbójnictwo, rok obrzędowy. Każdy rozdział ma średnio 14 stron. W tym są oczywiście zdjęcia i ilustracje.

   Jest ona napisana bardzo zwięźle, logicznie i przejrzyście. Normalnym, prostym językiem przekazuje wiedzę konkretnie, bez zbędnych dywagacji i akademickich rozważań. Mówiąc kolokwialnie po jej przeczytaniu Czytelnik będzie wiedział „co i jak”. Ameryki w tej książce autor nie odkrywa, ale daje porządną, solidną, przepięknie wydaną pozycje.

   Na tych 250 stronach Andrzej Karczmarzewski przenosi nas w barwny świat Łemków, który już niestety bezpowrotnie odszedł. Ja tę książkę bardzo polecam.

Opublikowano Książki | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Pomóżmy Sebastianowi powracać w góry.

Borelioza to choroba, której nie życzy się najgorszemu wrogowi. Zwłaszcza taka późno wykryta i oporna na leczenie. Wie o tym dobrze Sebastian Nikiel, który zmaga się z nią od ponad 10 lat. Niech Jego historia da do myślenia, bo mały, głupi kleszcz może nam zostawić w organizmie przykrą niespodziankę.

100

Sebastian Nikiel w górach.

   Sebastian Nikiel pochodzi z Bielska Białej. Ma 39 lat. Do 2005r., Jego życie wyglądało normalnie, jak życie większości z nas. Praca, rodzina, dom i ….góry.

   Ta rzeczywistość uległa totalnej zmianie, kiedy w 2005r. Sebastianowi spadł na plecy kilkutonowy ciężar. Spowodowało to bardzo poważne uszkodzenie kręgosłupa na odcinku lędźwiowym i piersiowym. Doszło do przesunięcia dysków, które wytrącone ze swoich miejsc zaczęły uciskać na nerwy obwodowe, powodując potworny ból, a także zanik czucia  w nogach.

   W praktyce Sebastian zaczął tracić kontrolę nad czuciem w nogach. Zaczął nimi powłóczyć niesprawnie chodzić, potykać się i w końcu upadać. Podczas jednego z takich upadków, Sebastian bardzo poważnie uszkodził sobie kolano i zapadła decyzja, że musi zacząć poruszać się w ortezach. Mimo kilku turnusów rehabilitacyjnych, niedowłady postępowały, Sebastian przestał w pełni kontrolować swój chód i aby uniknąć dalszych upadków stało się to konieczne.

HISTORIA DOPIERO SIĘ ZACZYNA.

   Sebastian od dziecka cierpiał na zawroty i bóle głowy. Odczuwał szumy i piski w uszach. Ponieważ żaden z lekarzy nie podchodził do sprawy poważne, a objawy to pojawiały, to znikały Sebastian nauczył się z tym żyć. Nikt nie mógł wtedy przypuszczać, że to pierwsze zwiastuny choroby, która już zadomowiła się w organizmie.

   Jednak w 2009 r. te objawy zaczęły się bardzo szybko nasilać. Zawroty głowy, piski i szumy w uszach, spadki cukru, aż w końcu….paraliż połowy ciała, który na szczęście ustąpił. Sprawa zaczęła robić się mocno enigmatyczna. Nikt nie wiedział, co jest Sebastianowi. Po długiej diagnozie, trochę przez przypadek, po wykluczeniu udaru i wylewu padło rozpoznanie- BORELIOZA.

JAK TO SIĘ WSZYSTKO ZACZĘŁO?

   Kleszcz zarażony boreliozą ugryzł Sebastiana w dzieciństwie. Od tego czasu choroba rozwijała się powoli, powoli, ale systematycznie. Dawała objawy- stąd bóle i zawroty głowy. Jednak dolegliwości szybko mijały (po 1-2 dniach). Nikt się na poważnie nimi nie zainteresował, podejrzewano np. migrenę. Zresztą, kto wtedy diagnozował boreliozę, a kto z nas o niej w ogóle słyszał 20 lat temu? Ponieważ Sebastian miał silny, wysportowany organizm, skutecznie bronił się on przed chorobą, nie pozwalając na jej rozwój. Jednak zmieniło się to po wypadku i borelioza rozwinęła się błyskawicznie w ciągu kilku niemal tygodni.

08

Sebastian podczas ataku choroby.

CO TO OZNACZA W PRAKTYCE ?

     Borelioza atakuje Sebastiana cyklicznie. Następuje atak choroby, zaostrzenie objawów, a za jakiś czas ich wycofanie (tylko w pewnej części), potem znowu atak  i wycofanie. Tak cały czas. To takie życie na huśtawce.

   Borelioza zaatakowała przede wszystkim centralny układ nerwowy, doprowadzając do zmian martwiczych w mózgu w rejonie kory słuchowej i czuciowej. Sebastian cierpi na nadwrażliwość na bodźce słuchowe i wzrokowe. Podczas ataków choroby słyszy wszystko w zwielokrotniony sposób. Wtedy nawet najmniejsze szmery, szepty czy jakiekolwiek dźwięki, rozmowy, muzyka, powodują potworne bóle i zawroty głowy. Do tego dochodzą szumy i piski w uszach. Sebastianowi kręci się w głowie (tzw. helikoptery) do tego stopnia, że nie może w zasadzie nic robić, ponieważ każdy ruch (nawet gałek ocznych) powoduje nasilenie się ataków. Zaburzenia równowagi są czasem tak silne, że Sebastian nie może przejść kilku metrów prosto. Można powiedzieć, że zostaje uwięziony w czterech ścianach swojego pokoju. Ale i tak musi przebywać w stoperach usznych, w zaciemnionym pomieszczeniu i unikać jak ognia wszelkich odgłosów. Sebastian staje się więźniem.

umnie.02.201_50

Sebastian podczas ataku choroby.

   W najgorszym okresie, doszło do absurdalnej sytuacji, kiedy ataki trwały nawet do 60 dni, a okres częściowej poprawy był liczony w skali 3-7 dni. Wyobraźcie sobie taką sytuację.

   Kiedy następuje poprawa, choroba częściowo ustępuje. Wyciszają się szumy           i piski w uszach, ustępują zawroty głowy. Nigdy całkowicie, ale do tego stopnia, że Sebastian może (ostrożnie, bo ostrożnie) opuścić dom, pójść do sklepu, na spacer, czy w ….góry. Może „normalnie” funkcjonować, rozmawiać z rodziną, załatwiać sprawunki. Oczywiście słowo „normalnie” użyte jest troszkę nad wyraz. Ponieważ mimo polepszenia formy nadal nie ma mowy o przebywaniu w miejscach hałaśliwych np. kawiarni, nie ma mowy o pójściu do kina, czy galerii handlowej.

O CO TOCZY SIĘ WALKA?

   Chodzi o 2 rzeczy. Po pierwsze, aby okresy wycofania choroby były jak najdłuższe, a jej objawy w tym czasie były jak najsłabsze. Po drugie, aby ataki choroby były jak najrzadsze       i przebiegały jak najłagodniej. Innymi słowy, walka toczy się o normalną, zwykłą codzienność. Po prostu o wolność, o możliwość decydowania o sobie.

GÓRY !

   Sebastian chodzi po górach od dziecka, odkąd pamięta. Przeszedł prawie wszystkie pasma górskie w Polsce i sporo szlaków w Tatrach Słowackich. Ale w tym wypadku nie tylko o to chodzi. Góry stały się także integralną częścią życia Sebastiana. Pojawiają się w Jego wierszach, rysunkach, opowiadaniach. Sebastian czyta książki górskie, ogląda filmy, po prostu interesuje się wszystkim, co związane z tą tematyką.

   Góry dają mu wytchnienie w atakach choroby i są miejscem gdzie”ładuje baterie” na zmagania z chorobą. Dają nadzieję na wyleczenie, mobilizują do stawiania oporu losowi.    W tym wypadku nie chodzi o zwykłą turystykę, ale o pasję, o złączenie z górami swojego życia.

   Jak łatwo się domyśleć choroba skutecznie utrudnia Sebastianowi chodzenie po górach. Mimo tego powraca, na szlaki jak tylko jest to możliwe. Wiąże się to zawsze z pewnym ryzykiem. Napotkani na szlakach ludzie, gwar w schronisku, to wszystko może wywołać      u Sebastiana atak zwrotów głowy, dlatego aby wycieczki w ogóle mogły być możliwe musi unikać towarzystwa, uważać w schroniskach. Podczas wędrówek daje również o sobie znać uszkodzony kręgosłup i kolano.

O

11709696_878115522258770_7830153730898385541_n

Sebastian w górach.

sn2

Sebastian w górach.

LECZENIE.

   Standardowe, refundowane przez NFZ leczenie boreliozy nie pomogło Sebastianowi. Nie ma też szans na to, że jeszcze kiedyś tak się stanie. Jedynym ratunkiem jest prywatne leczenie metodą, ILADS, które przynosi bardzo dobre efekty. Jest to długotrwałe leczenie dobranymi specjalnie antybiotykami, które krok po kroku, powoli, ale systematycznie przynosi bardzo dobre efekty. Leczenie jest bardzo drogie, a Sebastian nie jest w stanie pracować. Do tego dochodzą jeszcze lekarstwa na pozostałe przypadłości. Wszystko to daje łączną kwotę ok 2700 zł miesięcznie.

CO JUŻ SIĘ UDAŁO.

   Sebastian leczy się metodą ILADS od końca 2011 r. Na przestrzeni tych lat walki z chorobą, pojawiły się  dowody, które potwierdzają, że obrany kierunek terapii jest właściwy. W 2014 r. rezonans magnetyczny mózgu wykazał, że zmiany martwicze, które powstały w obrębie tkanek mózgowych pomiędzy 2009 a 2011 r. zostały zatrzymane, również od chwili wdrożenia leczenia nie tylko nie powstała ani jedna nowa, ale już istniejące uległy zwapnieniu, nie wykazując cech aktywności.

   Cały czas rośnie również okres wycofania się objawów choroby. W 2015 r. po raz pierwszy udało się zbliżyć do prawie do dwóch miesięcy łącznego czasu reemisji objawów. W tym czasie Sebastian coraz bardziej odzyskuje władzę w nogach i dłoniach. Zmniejszają się szumy i piski w uszach.

   Dla porównania w najgorszym okresie, doszło do absurdalnej sytuacji, kiedy ataki trwały nawet do 60 dni, a okres częściowej poprawy był liczony w skali 3-7 dni. Poprawa jest i to ogromna. Wzrasta też ogólna, jakość życia codziennego Sebastiana. Mógł między innymi wrócić do rysowania.

   Jeżeli leczenie zostanie teraz przerwane jest spora szansa, że stan Sebastiana zacznie się szybko pogarszać. Leczenie musi być kontynuowane cały czas, nie można go przerwać na jakiś czas i potem do niego powrócić.

2700 zł.

   2700 zł to magiczna kwota, której co miesiąc Sebastian potrzebuje na leczenie boreliozy, oraz innych współistniejących z nią chorób.

   Tyle wynosi koszt miesięczny zakupu leków, suplementów ochronnych (są one konieczne ze względu na przyjmowane duże ilości antybiotyków), oraz leków stałych na choroby współistniejące, łącznie blisko 2700 zł, do kosztów tych należy też dodać cenę badań dodatkowych i kontrolnych, wizyt lekarskich, rehabilitacji, oraz okresowego zakupu drogiego sprzętu ortopedycznego, który pozwala Sebastianowi wciąż się poruszać (ortezy).

omnie.wpis02.2013_08

Sebastian podczas ataku choroby.

   Leczenie Sebastiana będzie długotrwałe i trudne, liczone raczej nie w miesiącach, ale w latach. Kiedy Sebastianowi uda się pokonać boreliozę, będzie mógł powrócić do niedokończonych wciąż wątków jak: operacja kolana, kręgosłupa, oraz przepuklin pachwinowych. Kiedy i czy w ogóle uda się pokonać boreliozę nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że leczenie jest skuteczne i przynosi powoli, ale systematycznie pożądane efekty. Bez niego choroba nie będzie kontrolowana. Pewne jest jedno, że leczenie ILADS jest jedyną szansą dla Sebastiana.

   2700zł to bardzo dużo. Dla Sebastiana to mur nie do przejścia, bo nie może pracować.  Jednak nie jest to 1.000.000. Taka kwota jest w zasięgu ręki, możliwa do uzyskania… z pomocą Nas wszystkich. Taką kwotę można zebrać wpłacając nawet drobne sumy, których my nie odczujemy na co dzień.Wystarczy, aby 270 osób wpłaciło miesięcznie 10 zł lub 135 osób po 20 zł. Nie potrzeba gigantycznych wpłat, wystarczą drobne kwoty.

   Możemy także przekazać 1% podatku oraz kupić przedmioty na aukcjach charytatywnych Sebastiana.

   W końcu każdy może opowiedzieć historię Sebastiana, udostępniając lub chociaż lajkując ją na Fb. Może usłyszy ją ktoś kto będzie chciał pomóc. Ja sama w ten sposób się o niej dowiedziałam. Im więcej osób ją pozna, tym większa szansa, że uda się zebrać pieniądze.

Szczegółowe informacje oraz cała historia Sebastiana, (którą ja opisałam w skrócie) jest na Jego stronie internetowej. Znajdziecie tam, też mnóstwo górskich ciekawostek.

http://www.s-nikiel-mojegory.pl

baner1%2015.witryna2_800px


Wszystkie zdjęcia oraz informacje o Sebastianie zaczerpnęłam z Jego witryny internetowej.

Opublikowano Ludzie i góry | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Głucho wszędzie, nikt nie woła…czyli kilka zdań o tym, że można przepaść w pół kroku.

Zdawać by się mogło, że Tatry to nie Himalaje, a człowiek to nie igła w stogu siana i nie może przepaść ot tak w pół kroku zupełnie bez wieści. Czy aby na pewno?

    Jest styczniowy, mroźny (bardzo mroźny) dzień. Mozolnie podchodzimy do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów. Pogoda, jak to się mówi, „żyleta”. Ani jednej chmurki, zero wiatru. Wokoło cisza. Słychać tylko „chrzęst” raków wbijanych w śnieg. Idzie się fantastycznie. Oprócz nas, jak okiem sięgnąć nie ma nikogo. Tatry sprawiają wrażenie pustych. Szczerze mówiąc nigdy wcześniej i nigdy później nie miałam okazji doświadczyć takiej przejrzystości powietrza, takiej ciszy….takiej surowości Tatr. Widok z Przełęczy Krzyżne jest wręcz niesamowity, przeciągamy, więc do maksimum moment zejścia.

   W schronisku także pusto. Jesteśmy jedynymi i pierwszymi tego dnia turystami. Pogoda za oknem wyraźnie się zmienia. W przeciągu 2h wzmaga się huraganowy wiatr, zaczyna sypać śnieg. Ok 18: 00 już w prawdziwej burzy śnieżnej dociera do schroniska znajomy ratownik. Przy okazji Jego dyżuru, umówiliśmy się na pogaduchy.
Siedzimy w pustej jadalni (nadal poza nami nie ma nikogo) przy herbacie z rumem. Co chwilkę wychodzimy na papierosa na zewnątrz. Wiatr niemal urywa głowę, wieje tak bardzo, że nie słyszymy się nawzajem stojąc ramię w ramie.

   Jak łatwo się domyśleć nasz towarzysz jest prawdziwą skarbnicą górskich opowieści. Wspomina dawne akcje ratunkowe, opowiada zabawne anegdoty, historie płyną i płyną. Jedna z nich powoduje, że zamieramy z kubkami w rękach.

pod artykuł

zdj. Sebastian Nikiel (www.s-nikiel-mojegory.pl)*

   To się wydarzyło zimą w okolicach 1999r. Do Zakopanego na urlop przyjechała pani Janina. Zatrzymała się w jednym z pensjonatów i zamierzała przez 5 dni urządzać sobie jedno dniowe wycieczki po górach. Na początek wybrała Czerwone Wierchy.                          Następnego dnia po przyjeździe, wcześnie rano udała się do Doliny Kościeliskiej.                    Zamierzała wejść na Ciemniak, następnie Krzesanicę i Małołączniak. Stamtąd chciała zejść niebieskim szlakiem na Miętusi Przysłop.

   W pensjonacie zostawiła kartkę z rozpisaną trasą wycieczki. Godzinę powrotu do pensjonatu ustaliła na godz. 18: 00. Gdyby do tej godziny nie pojawiła się na kwaterze, lub nie dała żadnego znaku życia, gospodyni miała powiadomić TOPR.
I tyle wiadomo na pewno. To, co działo się potem pozostało do dziś zagadką.
Zaraz po godz. 18: 00 właścicielka pensjonatu, zadzwoniła na Policję i zgłosiła, że p. Janina nie wróciła z gór. Dlaczego na Policję, a nie do TOPRu? Tego nie potrafiła wyjaśnić, ale nie ma to szczególnego znaczenia, ponieważ funkcjonariusz natychmiast sam powiadomił ratowników i jednocześnie wysłał kobietę do siedziby TOPR-u na ul. Piłsudskiego.
Ratownicy natychmiast wyruszyli na poszukiwania. Mimo tego, że było ciemno, ślady p. Janiny, były bardzo dobrze widoczne na śniegu. Pogoda tego dnia była bardzo ładna, nie padał śnieg, nie było mocnego wiatru, więc nic nie zatarło śladów. Można śmiało powiedzieć, że ślady prowadziły ratowników jak po sznurku. Po wyjściu z lasu, było już nieco gorzej, ale odnajdywali je bez problemów.

   Kobieta szła nieprzetartym szlakiem, nie miała rakiet, tylko raki, które do niczego nie były jej w tej sytuacji potrzebne. Taki kopny śnieg w lesie, musiał dać jej mocno w kość, pewnie z lasu wyszła już bardzo zmęczona.
Po dojściu na Chudą Przełączkę na wysokości 1850 n.p.m. gdzie łączą się ze sobą: szlak czerwony (do tej pory szła nim p. Janina) z zielonym ratownicy zauważają, że ślady na śniegu także się rozchodzą. Część prowadzi dalej na Czerwone Wierchy, a część odchodzi w prawo szlakiem zielonym. Ratownicy rozdzielają się. Dwóch idzie czerwonym szlakiem, dwóch zielonym. Do tej pory nie było problemów ze śladami turystki, teraz trop się gmatwa. Ratownicy, którzy udali się na Czerwone Wierchy po dojściu na Ciemniak, zauważają, że ślady zawracają. Pani Janina doszła na ten szczyt i po swoich śladach zawróciła na Chudą Przełączkę. Czy nie miała siły iść dalej? Czy bała się, że w górach zastanie ją noc? Tego już się nie dowiemy.

   Tymczasem dwóch pozostałych ratowników podąża śladami pozostawionymi na śniegu wzdłuż zielonego szlaku, który prowadzi do schroniska na Hali Ornak.                                           W pewnym momencie na śniegu zauważają plecak. Leży na środku szlaku. Jednak Pani Janiny nigdzie nie ma. Rozglądają się wokoło dłuższą chwilę, włączają dodatkowe latarki i….
Właśnie dociera do nich, co mają przed sobą. Plecak na środku szlaku, a za nim biały nieprzetarty kopny śnieg. Ani p. Janiny, ani żadnych śladów idących dalej lub na boki. Wygląda to tak jakby turystka zdjęła plecak i ….wyparowała w pół kroku.                                      Jakby nagle się zdematerializowała.

   Tymczasem ratownicy, którzy zawrócili z Czerwonych Wierchów dochodzą do swoich kolegów. Teraz już 4 mocne czołówki rozświetlają teren. Jednak nadal nic. Żadnych śladów. Sprawa staje się mocno enigmatyczne. Miejsce, w którym się znajdują jest już w lesie. Do schroniska rzut beretem. Teren bardzo bezpieczny, nawet zimą, w nocy. Nie ma gdzie się pośliznąć, nie ma gdzie spaść. Jeśli p. Janina dotarła aż tutaj, to już mało, co mogło się wydarzyć. Nawet gdyby np. złamała sobie nogę w tym miejscu, spokojnie doczekałaby na pomoc.  W  plecaku turystki ratownicy znajdują raki (niepotrzebne zresztą na takim szlaku), termos z herbatą, jakieś słodkości i bluzę dresową. Telefon komórkowy (naładowany), mapę i dokumenty także.

    Pół godziny później z naprzeciwka nadchodzi dwóch kolejnych ratowników. Wyruszyli nieco później ze schroniska na Hali Ornak. Po drodze także niczego nie widzieli. Szli podobnie jak ich koledzy nieprzetartym szlakiem, nikt przed nimi nie mógł tamtędy iść. Cała ta sytuacja w zasadzie nie ma prawa mieć miejsca. Człowiek nie ginie ot tak, nie wyparowuje w jednej sekundzie.

12715652_995704653833189_2855118460604855701_n

zdj. Sebastian Nikiel ( http://www.s-nikiel-mojegory.pl)*

    Za dnia potwierdza się już tylko to, co ustalono w nocy. Pani Janina wyszła z Doliny Kościeliskiej, czerwonym szlakiem i weszła na Ciemniak. Na szczycie zawróciła po własnych śladach na Chudą Przełączkę, skąd zielonym szlakiem poszła w stronę Hali Ornak. Reszta pozostaje niewiadomą do dziś.

   Rozważano najbardziej zadziwiające możliwości zaginięcia p. Janiny; łącznie z atakiem jakiegoś drapieżnika. Wszystko jednak ostatecznie wykluczono. Na śniegu nie było żadnych śladów, wokoło tylko biały gładziutki śnieg. Nie ma więc możliwości żeby nie zostały na nim jakiekolwiek ślady.

   Sprawa zagmatwała się jeszcze bardziej, kiedy okazało się, że p. Janina siedem lat przed opisanymi wydarzeniami, została uznana za zaginioną. Poszukiwała jej rodzina i znajomi.
Wobec takich okoliczności do akcji wkroczył pies, oraz specjaliści od survivaliu, którzy przeszukiwali teren pod kątem znalezienia jakiś mikrośladów.

   Ta sprawa do tego stopnia zawładnęła wyobraźnią ratowników, którzy wtedy szukali p. Janiny, że jeszcze kilkakrotnie powracali na to miejsce już po stopnieniu śniegu. Przeszukiwali (już tylko dla własnej ciekawości) okoliczny teren jednak nigdy niczego nie znaleziono, ani nie ustalono.

Do dziś ta sprawa pozostaje nierozwiązana.

***********************************************************************

Autorem zdjęć ilustrujących tekst jest Sebastian Nikiel- autor i prowadzący stronę internetową o górach http://www.s-nikiel-mojegory.pl . Zapraszam do odwiedzenia tej witryny , a przede wszystkim do zapoznania się z historią Sebastiana i Jego nie łatwą życiową drogą.

Opublikowano Górskie Opowieści | Otagowano , , | 1 komentarz

Co naprawdę wydarzyło się na zboczach Lodowego Szczytu?

Przenosimy się teraz 90 lat wstecz w Tatry Słowackie (wtedy Czechosłowackie) do roku 1925r. na stoki Lodowego Szczytu. Wydarzyła się tam wtedy jedna z bardziej zastanawiających i pobudzających wyobraźnię tragedii, jakie miały miejsce w Tatrach. Dodatkowo przez kolejne lata wydarzenia obrosły w masę spekulacji i niedomówień. Prawda wymieszała się z przypuszczeniami, czas upływał, nigdy konkretnie nie wyjaśniono tego, co tak naprawdę się stało a po latach przestało to kogokolwiek interesować.

4497576963e9339240ed9a31409b97bb

Spróbujemy to dziś nadrobić i choć w znacznej części wyjaśnić, dlaczego na stokach Lodowego Szczytu zginęły jedna po drugiej trzy osoby, a czwarta została posądzona o ich otrucie.
Osoby dramatu 🙂
• Kazimierz Kasznica – 42 lata, prokurator z Warszawy.
• Zofia Kasznica – żona Kazimierza.
• Wacław Kasznica – 12 lat, syn Kazimierza i Zofii.
Jan Alfred Szczepański – 23 lata, taternik. W momencie, kiedy rozgrywają się opisywane wydarzenia uprawiał taternictwo dopiero od 2 lat. Dopiero po latach stał się jednym z najlepszych wspinaczy w XX-lecia międzywojennego, uczestniczył w wielu wspinaczkach w Tatrach, Alpach, Andach.
• Alfred Szczepański – 17 lat, brat Jana Alfreda, taternika. Podobnie jak Jego brat w momencie rozgrywających się wydarzeń był początkującym wspinaczem. Potem razem z bratem wyrósł na jednego z lepszych taterników międzywojnia.
• Stanisław Zaremba – 22 lata, taternik, mimo młodego wieku posiadał już spore (największe ze wszystkich pozostałych) doświadczenie wspinaczkowe.
• Ryszard Wasserberger – 21 lat, początkujący taternik, student filozofii UJ.

   Jest 3 sierpnia 1925r. Rodzina, Kaszniców, która spędza urlop w Zakopanem, udaje się na wycieczkę w Tatry. Za cel obiera sobie Lodową Przełęcz. Zamierza wyjść ze Starego Smokowca, dotrzeć do Doliny Pięciu Stawów Spiskich, podejść do schroniska, Chaty Téryego tam odpocząć, i zacząć wchodzić na Lodową Przełęcz. Stamtąd zejść do Doliny Jaworowej i dotrzeć na Łysą Polanę. Dalej już tylko powrócić na kwaterę do Zakopanego.
Trasa jest dość długa i męcząca, ale nie wymaga jakiś specjalnych umiejętności – poza dobrą kondycją i samozaparciem żeby systematycznie iść przed siebie, by w górach nie zostać na noc. Jest sierpień, dzień stosunkowo długi, zachowując podstawowe zasady bezpieczeństwa wszystko powinno być dobrze.
Kasznicowie wyruszają ze Starego Smokowca ok 5-6 rano. Ponieważ nie wiadomo dokładnie, która była godzina, na potrzeby tego tekstu przyjmuję, że wyszli o 6:00. Trudno mi powiedzieć jak to dokładnie wyglądało te 90 lat temu, ale teraz ta trasa powinna zająć przeciętnemu, ale posiadającemu jakieś doświadczenie turyście ok 11h.
Od początku dnia pogoda jest beznadziejna, w górach nie ma turystów, pada deszcz, wieje silny wiatr. Rodzina dociera do schroniska przed 11. Nie ma w nim nikogo poza 4 młodymi wspinaczami, którzy niedawno zeszli z gór i teraz czekają na lepszą pogodę, aby wrócić do Zakopanego. Mają zresztą w planach iść tą samą drogą, co Kasznicowie.
Prokurator wie, że najcięższy odcinek trasy dopiero przed nimi, dlatego prosi taterników o to, aby mogli dołączyć do nich i dalszą część drogi pokonać razem. Taternicy zgadzają się. Właściwie to na pewno zgadza się Wasserberger, co do reszty nie ma pewności. Jan Szczepański twierdził potem, że zaopiekować się Kasznicami zgodził się tylko Wasserberger. Tego już nigdy nie da się ustalić. Tak czy inaczej ok godz. 11: 30 wszyscy wychodzą ze schroniska. Zofia i Kazimierz nie mają problemów na trasie, natomiast prokurator idzie coraz wolniej. Deszcz zalewa mu okulary, bez których nic nie widzi, co chwilkę przystaje. Dodatkowo pogoda pogarsza się z minuty na minutę. Pada coraz bardziej, wieje coraz silniej. W pełnym składzie – 6 osób, ekipa dociera tylko do Lodowego Stawku (najwyżej położonego stawu w Tatrach), który jest już w zasadzie u stóp przełęczy. Bracia Szczepańscy i Zaremba oświadczają Wasserbergerowi, że nie ma sensu, aby wszyscy musieli towarzyszyć Kasznicom i proponują losowanie kto z Nimi zostanie. Wasserberger na ochotnika, oferuje, że dalej sam poprowadzi rodzinę. W tym momencie zespół rozdziela się. Trzech taterników zaczyna szybciej podchodzić pod przełęcz a Kasznicowie z Ryszardem idą nadal swoim tempem.

    Tak mi się wydaje (z tego co sama pamiętam) że teraz to podejście pod przełęcz zajmuje ok 2-2,5h. Nie wiem natomiast czy 1925r. ten szlak był oznakowany? Obecnie idzie się takimi jakby zakosami, prawie jak po schodach 🙂 Jest to bardzo mozolne podejście.
Nasi bohaterowi ruszają pod górę, jednak idzie im coraz gorzej wręcz fatalnie. Wieje już huraganowy wiatr, deszcz zamienia się w grad. Na przełęczy stają dopiero ok godz. 15: 30. Zdecydowanie za późno. Powinni byli tam być przynajmniej 1, 5h wcześniej. Rodzina jest wyczerpana, oprócz Kazimierza, na złe samopoczucie narzeka już także 12-letni Wacław. Wieje straszny wiatr. Licząc na to, że niżej będzie spokojniej zaczynają czym prędzej schodzić.
Tragedia zaczyna się ok godz. 16: 30-17: 00 czyli ok 1h po rozpoczęciu zejścia z Lodowej Przełęczy. Kiedy wszyscy są na wysokości Żabiego Stawu Jaworowego, czyli ok 1886 m n.p.m. chłopiec słabnie, nie ma siły iść, prowadzi go Wasserberger, Zofia niesie Jego worek turystyczny. Kilka chwil później na kamieniu siada prokurator Kazimierz i oznajmia, że dalej już nie może iść. Przerażona Zofia prosi o pomoc Wasserbergera. To, co od Niego słyszy, mrozi jej krew w żyłach. Młody taternik odpowiada: „Mnie jest też bardzo niedobrze. Z całego serca bym pani pomógł, ale doprawdy sam nie mogę”.
Zofia prowadzi syna i Wasserbergera do najbliższego dużego głazu, aby osłonili się od huraganowego wiatru. Daje im po łyku koniaku i troszkę czekolady. Wraca do męża, który leży na ścieżce ciężko oddychając. Kobieta także jemu daje koniaku. Dosłownie chwilkę później prokurator już nie żyje. Zofia ponownie zbiega do syna i Wasserbergera. Chłopiec nie oddycha. Kilka metrów niżej z rozbitą głową leży młody wspinacz. Obydwaj już nie żyją. W przeciągu 15 minut na oczach kobiety umierają 3 osoby.
Ona sama może pod wpływem szoku, nie schodzi w dół, tylko całą noc chodzi od ciała do ciała. Następnego dnia (4 sierpnia 1925r.) także pozostaje przy zmarłych. Spędza samotnie cały następny dzień i całą następną noc przy zwłokach. Dopiero nad ranem 5 sierpnia 1925r. schodzi przez Dolinę Jaworową do Łysej Polany, gdzie spotyka Mariusza Zaruskiego. Opowiada mu, co się wydarzyło, a ten, czym prędzej rozpoczyna akcję poszukiwawczą. 5 sierpnia tuż przed nadejściem nocy ratownicy są przy ciałach. 6 sierpnia zwłoki całej trójki zostają przewiezione do Zakopanego.

Podejście na Lodową Przełęcz, 2014r.

Podejście na Lodową Przełęcz, 2014r.

W tym momencie rozpoczyna się nowa odsłona tej tragedii. Jej główną bohaterką będzie przez długie, lata Zofia Kasznica.
7 sierpnia w Kurierze Ilustrowanym Codziennym (pierwszym ogólnopolskim dzienniku, wydawanym w Krakowie) ukazuje się krótka notka na temat opisanych wyżej wydarzeń. Brzmiała ona następująca:
„Trzy nowe ofiary Tatr”:
„Dziś nadeszła z Zakopanego wiadomość, że na przełęczy Lodowej po stronie czeskiej prokurator Najwyższego Sądu, Kasznica, wraz z synem i jedna nieznana osoba padli ofiarą turystyki. Znaleziono ich martwych. Dotąd nie wyjaśniono, czy zgon spowodowany był upadkiem, czy przez zamarznięcie. Pogotowie ratunkowe udało się na miejsce katastrofy, ażeby przewieźć ofiary nieszczęśliwego wypadku do Zakopanego”.

   Jeszcze nie pada żadne konkretne oskarżenie, podobnie jak nie pada nazwisko Wasserbergera. Dlaczego? Ponieważ Jego towarzysze, (którzy przodem udali się do Zakopanego) NIE zawiadomili TOPRU o Jego zaginięciu. Jest to bardzo ważne, ponieważ będzie to istotnym faktem w dalszej części tej historii.

Dzień później – 8 sierpnia – w tejże gazecie ukazuje się kolejny tekst, w którym już nazwisko młodego taternika pojawia się, również pojawia się w nim wzmianka, o tym, że Kasznicowa „szczęśliwie uniknęła losu swego męża i jego towarzyszy”.

Prawdziwe zamieszanie wybucha jednak 11 sierpnia, kiedy to gazeta opublikowała obszerny, (co dla tej gazety było rzadkością) artykuł na temat tragedii pt: „„Tajemnica śmierci trojga osób pod Przełęczą Lodową. Opinia publiczna domaga się wszechstronnego wyjaśnienia sprawy”.
Tekst podpisany: „L.Sz-i” zawiera bardzo dużo szczegółów dotyczących wydarzeń na zboczach Lodowego Szczytu. Autor cytuje wypowiedzi rodziny Kaszniców oraz Wasserbergera, opisuje jak doszło do rozdzielenia się dwóch grup, dokładnie odtwarza przebieg wydarzeń. Co jeszcze ciekawsze, w tekście pojawia się jeszcze jedna zastanawiająca informacja. Autor tekstu wyraźnie sugeruje, że to Zofia Kasznica jest odpowiedzialna za wypadek, poprzez podanie towarzyszom zatrutego koniaku.  Sugeruje, że cała rodzina była wprawnymi turystami ze sporym doświadczeniem. Natomiast wszelkie argumenty sugerujące, że wypadek był skutkiem fatalnych warunków atmosferycznych wprost nazywa „absurdem”. Skąd takie przypuszczenia? Dlaczego autor całkowicie pomija konkretne fakty?

   Ten artykuł jest kluczem do tej sprawy, dlatego zatrzymajmy się przy nim nieco dłużej. Po pierwsze, autor? Pod inicjałami „L.Sz-i” ukrywał się Ludwik Szczepański – ojciec dwóch młodych wspinaczy, którzy odłączyli się od rodziny Kaszniców przy Lodowym Stawie Jaworowym. Hmmm….To wyjaśnia skąd znał tak dokładne szczegóły tragedii (opowiedzieli mu ją synowie) oraz dlaczego od początku insynuował, że za śmierć 3 osób odpowiada Zofia Kasznica.
Prawda wyglądała, bowiem bardzo niekorzystnie dla Jego synów. Ratownicy w tym Mariusz Zaruski i Józef Oppenheim, (którzy brali udział w poszukiwaniu ciał) oskarżyli mężczyzn o pozostawienie na szlaku słabnących turystów i swojego kolegę. Co więcej po zejściu z gór nawet nie zawiadomili TOPRU o tym, że cała czwórka nie zeszła z gór.
Bracia Szczepańscy, ich ojciec jak i ratownicy bardzo dobrze wiedzieli, że tamtego dnia warunki atmosferyczne w górach były bardzo trudne, a rodzina Kaszniców nie była żadnymi wprawionymi turystami tylko zwykłymi amatorami. Ludwik Szczepański celowo odwrócił uwagę społeczeństwa od swoich synów, insynuując, iż to Zofia Kasznica jest winna temu nieszczęściu. Szczepański, jako pierwszy zasugerował, że koniak, który dała do wypicia swoim towarzyszom był zatruty. Sekcja zwłok niczego takiego nie wykazała- a Szczepański już wtedy bardzo dobrze znał jej wyniki. Insynuacje były tym bardziej okrutne że chodziło przecież o najbliższą rodzinę: męża i synka.
Ten stronniczy tekst Szczepańskiego zapoczątkował niezliczone teorie spiskowe i plotki na temat tej tragedii. Funkcjonują one zresztą aż do dzisiaj. Zaczęto spekulować, że Kasznicowa z zimną krwią zatruła trzy osoby. To znowu koniak mieli podarować Prokuratorowi ukraińscy nacjonaliści, pojawiły się też plotki o morderstwie na tle politycznym. Ze środowiska górskiego raz po raz dało się słyszeć głosy oburzenia na takie przedstawianie sprawy, jednak ich siła przebicia na forum publicznym była znikoma.

   Powróćmy jeszcze raz do 1925r. Sekcja zwłok została wykonana 6 sierpnia, czyli dzień po zwiezieniu przez TOPR do Zakopanego ciał ofiar. Przeprowadził ją Marian Ciećkiewicz, lekarz z Krakowa. Z sekcji jednoznacznie wynika, że śmierć całej trójki NIE BYŁA spowodowana „następstwem działania gwałtownego osób trzecich, w szczególności, nie była wynikiem otrucia”. Przyczyną śmierci było „porażenie serca wskutek wyczerpania trudami marszu w bardzo niekorzystnych warunkach atmosferycznych, tem bardziej, że serca ich wykazywały (…) zmiany anatomiczne”. Każdy ze zmarłych miał znacznie powiększone serce, każdy miał jakieś istotne wady układu krążenia i serca. Kazimierz Kasznica cierpiał dodatkowo na dolegliwości żołądka i woreczka żółciowego, a Wacław miał początki gruźlicy, w dniu tragedii miał anginę.
W dalszej części sekcji lekarz pisze: „wyczerpanie mięśnia sercowego nastąpiło równocześnie z wyczerpaniem mięśni kończyn i tułowia”. I podsumowuje, że nawet śmierć Wasserbergera „w tych warunkach nie jest dziwna”.

Z sekcji zwłok wynikają jasno dwie rzeczy:
1. ZOFIA KASZNICA NIE OTRUŁA SWOJEGO MĘŻA I SYNA. ZOFIA KASZNICA NIE MIAŁA NIC WSPÓLNEGO ZE ŚMIERCIĄ TRÓJKI MĘŻCZYZN NA SZLAKU.
2. Przyczyną śmierci turystów było porażenie mięśnia serca, jego wyczerpanie na skutek trudów marszu, w skrajnie niekorzystnych warunkach atmosferycznych.

Co więc oznacza, że 5 sierpnia były skrajnie niekorzystne warunki atmosferyczne? Jaka pogoda panowała na zboczach Lodowego Szczytu tamtego dnia? Spróbujmy, więc odtworzyć to, co się wtedy tam działo.
5 sierpnia to środek lata. Organizmy ludzkie są przyzwyczajone do letnio-wiosennych warunków pogodowych, ale nie do zimowych. Już w momencie wyjścia ze Starego Smokowca było zimno, padał deszcz i wiał silny wiatr. W miarę upływu czasu wiatr przeszedł w wichurę, a deszcz w grad. Kiedy rodzina wraz z Wasserbargerem stanęła na Przełęczy Lodowej wiatr miał już siłę ok 120 km/h, a temperatura spadła do 0-3stopni C.

   Kilka miesięcy temu Maciej Kwaśniewski krakowski dziennikarz Tygodnika Powszechnego zainteresował się sprawą Kaszniców i przy pomocy meteorologa Apoloniusza Rajwy ustalił jakie warunki panowały na Przełęczy Lodowej w momencie tragedii.
„Na podejściu pod Lodową mogła wytworzyć się strefa przypominająca próżnię, co spotyka się przy tak silnych wiatrach za przeszkodami. Powietrze zostaje wyssane zza przeszkody, oddychać jest trudno. To powoduje niedotlenienie. Szok dla organizmu.
Przełęcz Lodowa to miejsce wyjątkowe. Zachodni wiatr nie napotyka tu na żadne przeszkody (wszystkie szczyty od zachodu są niżej niż przełęcz). Na dodatek przy poszarpanych graniach najsilniejszy wiatr jest w szczelinach, gdzie przybiera kształt lejka. A więc tam, gdzie przeciska się przez grań, jego wartość jest największa.
Zejście niżej niewiele pomaga. Dolina Jaworowa to wielka niecka, przez którą hula wiatr. A więc kolejne godziny z krótkim oddechem i niedotlenieniem. Nawet schowanie się za głazem to znów wejście w próżnię. Jedyną możliwością uniknięcia tragedii był odwrót spod przełęczy do schroniska.” 

Wygląda na to, że wszystkie elementy układanki zaczynają do siebie pasować 🙂 To, o czym mówi meteorolog potwierdza sekcja zwłok i na odwrót. Wygląda, więc na to, że zagadka Lodowej Przełęczy zostaje rozwiązana.

Na koniec kilka słów o cichej ofierze tych wydarzeń, czyli Zofii Kasznicowej. Nie wiadomo, kiedy zmarła, ale według przekazu jej krewnej „niedługo” po tragedii w Tatrach. Oficjalnie nie postawiono jej żadnych zarzutów, nikt nigdy wprost nie sformułował oskarżenia, bo nie było ku temu podstaw. Sekcja zwłok jednoznacznie określiła powód śmierci, ale to nie wystarczyło. Gazety pisały, ludzie mówili, niedopowiedzenia i wątpliwości krążyły. Insynuacje docierały również do Niej. Miała po śmierci męża i syna, (którzy umierali przecież na Jej oczach) po ludzku smutne życie. Podobno zbierała wszystkie wycinki na temat tragedii w Tatrach. Nie wiadomo gdzie jest pochowana.

———————————————————————————————————————————————
Pisząc ten tekst korzystałam z:
1. Wawrzyniec Żuławski „Tragedie Tatrzańskie”,
2. Michał Jagiełło „Wołanie w górach”,
3. Ilustrowany Kurier Codzienny z dnia 7, 8 i 11 sierpnia 1925r. (wszystkie numery IKC są dostępne w Internecie w zbiorach Małopolskiej Biblioteki Internetowej,
4. Tygodnik Powszechny nr 36/2015 „Śmierć na Lodowej”,
5. Zdjęcie pochodzi ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego.
Opublikowano Górskie Opowieści | Otagowano , , , , , | 16 komentarzy

„Święci dziadowie, chodźcie do nas wieczerzać, proszę was na wieczerzę” – czyli kilka słów o magicznej nocy Dziadów.

„Bo na duchów zgromadzenie,
W tajemniczą noc na Dziady,
Można wzywać żywych cienie.
Ciała będą u biesiady
Albo u góry, albo w boju,
I zostaną tam w pokoju;
Dusza zwana po imieniu
Objawia się w lekkim cieniu”

***

Jutro będziemy odwiedzać groby naszych bliskich zmarłych. Obecnie święta: Wszystkich Świętych oraz Zaduszki przebiegają w zadumie, wyciszeniu i spokoju. Jednak źródło tego święta jest zgoła zupełnie inne. Obecny sposób celebrowania pamięci o naszych zmarłych nie ma zupełnie nic wspólnego z tym jak to święto wyglądało pierwotnie.

Dzisiejszy temat nie tyczy się tylko gór, ale gór także. Jest to jeden z tych tematów, który każdego roku o tej porze, bardzo pobudza moją wyobraźnię.  Związany z kulturą ludową,    a więc również, z terenami górskim i ich mieszkańcami.

Obrzęd sprawowania Dziadów na Białorusi.

W każdej kulturze szanuje się i celebruje obrzędy ku czci zmarłych. Jest ich naprawdę bardzo dużo, co więcej zwyczaje funeralne to najbardziej zróżnicowana, różnorodna kategoria obrzędów, ze wszystkich innych. W zasadzie nie ma żadnej kultury, która by nie upamiętniała swoich przodków. Robią to nawet zwierzęta, takie jak słonie, delfiny (wieloryby i orki) oraz żółwie czy małpy. To poruszające, że właśnie szacunek o naszych zmarłych łączy wszystkich nas na ziemi, zupełnie niezależnie od tego gdzie żyjemy.
Pierwowzorem (w kulturze słowiańskiej) obecnego święta zmarłych są….DZIADY! Jeśli chodzi o naszą tradycję, to jest święto (tak jak pisałam), które najbardziej pobudza moją wyobraźnię i wzbudza zaciekawienie.
Za sprawą Mickiewicza, w ogóle większość z nas wie, że istniało coś takiego jak Dziady. Automatycznie też wyobrażamy sobie, że obrzęd te sprawowany był tak jak go opisał Mickiewicz w II części swojego dramatu. Jednak nic bardziej mylnego. Ale, żeby móc zrozumieć, czym przez wieki były Dziady, należy sięgnąć do korzeni tego święta.
Mickiewicz we wstępie do swojego utworu napisał:

„Jest to nazwisko uroczystości obchodzonej dotąd między pospólstwem w wielu powiatach Litwy, Prus i Kurlandii, na pamiątkę dziadów, czyli w ogólności zmarłych przodków. Uroczystość ta początkiem swoim zasięga czasów pogańskich i zwała się niegdyś ucztą kozła, na której przewodniczył Koźlarz, Huslar, Guślarz, razem kapłan i poeta (gęślarz).”

Co to oznacza? Dziady były świętem pogańskim, wywodzącym się z czasów przedchrześcijańskich. Były kultywowane na długo zanim pojawiło się(na tych ziemiach) chrześcijaństwo i jeszcze długo, długo po tym jak schrystianizowano Słowian. Trzeba to wyraźnie podkreślić, bo dla dalszego rozumienia tego święta jest to bardzo ważne. Pierwotnie Dziady nie miały nic wspólnego z chrześcijaństwem, były świętem Słowian, świętem pogańskim. Za czasów Mickiewicza Dziady były już mieszaniną zwyczajów pogańskich i tego, co przyniosło ze sobą duchowieństwo. Mickiewicz opisywał już tak naprawdę tylko to, co powstało z połączenia tych dwóch tradycji. W świecie współczesnym pisarzowi sposób świętowania Dziadów odbiegał już znacznie od słowiańskiego pierwowzoru.
Mickiewicz interesował się kulturą słowiańską, co więcej zawsze bardzo jej bronił i traktował jak ogromne dziedzictwo. Stąd też we wstępie do Dziadów wspomina o uczcie kozła, co świadczy o tym, że sam też znał dość dobrze jego genezę.
Uroczystość Dziadów była prowadzona przez grupę kapłanów boga Welesa. Był to słowiański bóg bogactwa. Oprócz tego patronował magii, wróżbitom, sztuce, rzemiosłu a także kupcom. Ponieważ w czasach pogańskich o statucie człowieka świadczyła ilość bydła, stąd też wyobrażenie tego boga w postaci zbliżonej do kozła. Występuje tu prosta analogia: bogactwo było określane na podstawie sztuk bydła stąd bóg dobrobytu i dostatku przedstawiany był, jako okryty czarnym futrem, koźlorogi i koźlonogi, władca zaświatów zwanych Nawią. Nawia była krainą odgrodzonyą od świata żywych morzem lub rzeką, według niektórych przekazów położona głęboko pod ziemią. Weles mieszkał w bagnie w centrum Nawi, gdzie zasiadał na złotym tronie u stóp Drzewa Kosmicznego, dzierżąc miecz. Nawia funkcjonowała w świadomości, jako wielka zielona równina – (pastwisko), na które Weles wyprowadza dusze.

„W teraźniejszych czasach, ponieważ światłe duchowieństwo i właściciele usiłowali wykorzenić zwyczaj połączony z zabobonnymi praktykami i zbytkiem częstokroć nagannym, pospólstwo więc święci Dziady tajemnie w kaplicach lub pustych domach niedaleko cmentarza. Zastawia się tam pospolicie uczta z rozmaitego jadła, trunków, owoców i wywołują się dusze nieboszczyków. Godna uwagi, iż zwyczaj częstowania zmarłych zdaje się być wspólny wszystkim ludom pogańskim, w dawnej Grecji za czasów homerycznych, w Skandynawii, na Wschodzie i dotąd po wyspach Nowego Świata Dziady nasze mają to szczególnie, iż obrzędy pogańskie pomieszane są z wyobrażeniami religii chrześcijańskiej, zwłaszcza iż dzień zaduszny przypada około czasu tej uroczystości. Pospólstwo rozumie, iż potrawami, napojem i śpiewami przynosi ulgę duszom czyscowym.”

 W miarę jak postępowała chrystianizacja, pierwotne słowiańskie obrzędy mieszały się z nową rzeczywistością. To, o czym wspomina Mickiewicz, było niestety prawdą. Księża zabraniali (pod surową karą) obchodzenia Dziadów. Pisarz wspomina o tym zresztą szerzej w IV cz. Dziadów, kiedy to Gustaw (Pustelnik) prosi księdza by pozwolił ludziom świętować Dziady. Rzeczywistość współczesna autorowi, była, więc taka, że ludność wiejska naprawdę celebrowała Dziady w ukryciu, w kaplicach cmentarnych, w opuszczonych chałupach, na wzgórzach poza wioską, czy w końcu we własnych domach – tak by ukryć się przed księżmi. Na szczęście nie udało się kościołowi, wybić z mentalności ludzkiej tego święta.

Dziady (pierwotnie) obchodzono 4 razy w roku, w terminie Równonocy i Przesilenia, czyli pomiędzy dniem: dniem 20 a 26 danego miesiąca, najlepiej w dniu Pełni Księżyca związanej z tym miesiącem. Wynika z tego, że Dziady powinny odbyć się pomiędzy: 20 a 26 marca, 20 a 26 czerwca, 20 a 26 września oraz 20 a 26 grudnia. Czasami Dziady Letnie i Zimowe nazywano też Babami. Równonoc i przesilenie już same w sobie były szczególnym czasem, ale o tym za chwilę.
Dziady były świętem, które w zasadzie, najmocniej zakorzenionym w świadomości ludzi. Przez wieki nie udało się kościołowi wyplewić tego zwyczaju. Ludzie pod groźbą kary, z potrzeby serca obchodzili to święto- choć w coraz to bardziej zmienionej formie. Sprawowano Dziady z powodzeniem jeszcze w 18 i na początku 19w. do dzisiaj na Huculszczyźnie i w ogóle na Zakarpaciu ludzie wynoszą na groby swoich bliskich pokarmy. Ale do tego jeszcze wrócę na końcu. Kościół nie poradził sobie z tym obrzędem i wobec tego musiał zaadaptować to święto do kultury chrześcijańskiej. Przechrzczono je na Zaduszki i przesunięto to święto na początek listopada. Jednak kościół swoje a lud swoje. Mimo zmiany terminu, ludzie celebrowali Dziady nadal. Może już nie 4 razy w roku, ale 1 raz, może już nie tak jak pierwotnie, ale mimo wszystko nadal. I w ich świadomości Dziady, nigdy nie przestały być Dziadami.
Zawsze intencją Dziadów było oddanie czci przodkom. Pierwotnie (w czasach pogańskich) natomiast nieco inny był kontekst. Na Dziadach oddawano zmarłym część oraz wdzięczności za to, że nas powołali do życia, że dzięki nim żyjemy, że jesteśmy. Należy uzmysłowić sobie, w jakich warunkach żyli nasi przodkowie. Aby przeżyć, musieli zmagać się z wieloma przeciwnościami natury. Musieli zdobyć pożywienie, radzić sobie z chorobami, jednym słowem zmagać się z życiem. Woda nie leciała wtedy z kranu, a ludzie nie żyli średnio 60 lat. Śmiertelność była wysoka, większość dzieci umierała nie ukończywszy 12 lat, a bardzo dużo już przy porodzie. Natura sama eliminowała najsłabsze jednostki – wieku dorosłości dożywali najsilniejsi. Właśnie ten kontekst jest istotny dla zrozumienia sensu święta Dziadów. Gdyby nie siła, zdolność do walki, umiejętności przetrwania, a w końcu przekazanie wiedzy i umiejętności to nas dziś nie byłoby na ziemi. Za to czczono przodków. Za to dziękowano im duszom.
Przywoływano dusze przodków, żeby w ten sposób przywołać ich pamięć, dla samego siebie, żeby sobie uzmysłowić ile się Dziadom zawdzięcza. Było to święto radości, święto chwały ze względu na to, że to, co przodkowie najlepszego po sobie zostawili to my sami.
Dlatego w tych dniach śpiewano, jedzono, pito, śmiano się, tańczono i biesiadowano na grobach. To właśnie to tak bardzo drażniło katolickich księży. Grób był traktowany jak pośmiertny dom zmarłego. Wzywano Dziadów do wspólnego posiłku i biesiady, dlatego, że trudno biesiadować w domu gospodarza bez niego samego.
Sama nigdy wcześniej nie rozumiałam tego święta w tym kontekście, ale kiedy zaczęłam o nim czytać, to naprawdę uważam, że było bardzo urzekające, a jego intencja bardzo uczciwa.
Pokarmy przynoszone na groby (pierwotnie) NIE BYŁY przeznaczone dla zmarłych, lecz były ofiarą dla bogów.
Wzywano dusze zmarłych do wspólnego posiłku, zapraszano ich na biesiadę SYMBOLICZNIE. Także, potem, gdy obrzędy odbywały się w ukryciu, we własnych domach. Należało przywołać dawnych budowniczych i gospodarzy tych miejsc – Dziadów i podzielić się z nimi – symbolicznie. Nie przyzywano dosłownie dusz tak jak to było przedstawione w utworze Mickiewicza, ponieważ nie było takiej potrzeby. Słowianie wierzyli, że dusze w zaświatach zasadniczo egzystują bardzo spokojnie, są szczęśliwe, a co za tym idzie, nie trzeba im pomagać. Zaświaty to nie było w ich wyobrażeniu jakieś straszne miejsce. Dlatego takie obrzędy nie miały NIC wspólnego z wywoływaniem duchów.  Słowianie spotykali się na Dziadach na łonie natury, na łąkach, w świętych gajach – bo pierwotnie tam chowano zmarłych. Po śmierci ciało było palone, a popiół w takiej jakby urnie zakopywany w ziemi. Ponieważ kościół zabronił palenia ciał zmarłych i chowania ich w miejscach do tego specjalnie przez siebie nie wyznaczonych, dlatego Dziady przeniosły się na cmentarze, do kaplic, czy do jakiś miejsc, które były powszechnie kojarzone z pochówkiem zmarłych.
Słowianie podczas Dziadów oświetlali groby, ale także inne miejsca. Rozstaje dróg, łąki, własne domy. Palili tam po prostu ogniska. Ta tradycja wiązała się z tym, że Dziady sprawowano podczas równonocy i przesilenia. Był to szczególny czas tzw. Dzikich łowów i wielkich bitew niebiańskich, – czyli zmaganie światła z ciemnością.
Źródłem Dziadów była pogańska kultura Słowian. To, w jaki sposób Dziady były obchodzone w kolejnych wiekach było już sprawą indywidualną w danym regionie. Był to słowiański obrzęd znany na terenach obecnej wschodniej Polski, na Litwie, Białorusi i na Ukrainie. Wiadomo, że Dziady ulegały przekształceniom, miały różną formę w zależności od rejonu i takich regionalnych tradycji. Nawet w obrębie wiosek można było zaobserwować różnicę.
Niestety nie ma jednej książki, która by się zajmowała tym tematem, opisywała przekształcenia tego święta w konkretnych rejonach. Na przestrzeni lat wiadomo, to święto się bardzo zmieniało, w miarę formowania się niezależnych odrębnych kultur było adaptowane i coraz bardziej się indywidualizowało.
Zmieniły się czasy i obrzędy, ale dwie rzeczy pozostały niezmienne: tradycja o przodkach i biesiadowanie na grobach.

Witold Pruszkowski

Witold Pruszkowski „Rusałki”

Takie uczty cmentarne były znane właściwie na całej słowiańszczyźnie, potem wśród Łemków i Hucułów. Podobnym zwyczajem było organizowanie dziadowskich zabaw w karczmach. Może nawet było to kolejne przekształcenie tego święta? Zapraszano na nie (jako gości honorowych) wędrownych żebraków także zwanych Dziadami. Gotowano wtedy tradycyjne regionalne potrawy, oraz pieczono małe bochenki chleba. Dawano żebrakom pieniądze w zamian za modlitwę za zmarłych. Wierzono, że włóczędzy, mogą być łącznikami ze światem umarłych, ze względu na swój wędrowny tryb życia i brak stałego miejsca do życia.
Dziadowe święto obchodzone jest nadal na huculszczyźnie w niektórych górskich wioskach. Na Ukrainie to święto obchodzone jest trzy razy w roku, zawsze w sobotę – w Wielką Sobotę oraz przed tzw. Letnią i jesienną Bogurodzicom, czyli świętem Matki Boskiej Zielnej, które oznacza koniec wypasu bydła, i świętej Matki Boskiej Siewnej, które kończy wypas owiec. Wtedy Huculi idą po mszy na cmentarz, gdzie spotykają się w gronie rodziny i znajomych, by wspominać swoich bliskich zmarłych. Podczas takich spotkań popijają wódkę lub wino i jedzą przyniesione z domu jedzenie. Tak jest do dzisiaj. Na tym przykładzie widać jak tradycja pogańska miesza się z chrześcijańską. Dziadowe święta obchodzone są w dni maryjne, co więcej ich forma wyraźnie widać przetrwała z czasów słowiańskich.
Stanisław Vincenz w swojej książce „Na wysokiej Połoninie” tak wspominał to święto:

” Didowa sobota, to wiosenne święto wspominania umarłych, święto ofiarowania darów Bożych za ich dusze, święto ugaszczania się wzajemnego na cześć i pamięć umarłych. Siadają ludzie w sobotę diodową naokoło grobów, na podwórcu cerkiewnym, kładą na grobach kołacze poświęcone, miodownik z gorejącymi świeczkami woskowymi i dzbany z mlekiem. I zapraszają gości, czetują. Proszą Boga, aby ich chec dobrą położył przed dusze zmarłych. Spożywają razem z gośćmi, wciąż wspominają zmarłych, cieszą się, pogodną wiosenną, cieszą się słonkiem”.

Ten opis pochodzi z okresu XX-lecia międzywojennego, więc w zasadzie całkiem niedawno. I myślę, a nawet jestem na 90% pewna, że w tych naprawdę malutkich górskich wioskach na Zakarpaciu, jeszcze można  coś takiego zobaczyć.

———————————————————————————————————-

* cytat w tytule – zapisy folklorystyczne z ziem polskich mówią o pozostawianiu miejsca przy stole dla nieboszczyka w czasie tego obrzędu dziadów. Na Białorusi w czasie takiej uczty gospodarz wzywa przodków, zwracając się do nich: „Święci dziadowie, chodźcie do nas wieczerzać, proszę was na wieczerzę”.

*Adam Mickiewicz, Dziady. Część III,

* pisząc ten tekst korzystałam z książki prof. Marii Janion pt. „Niesamowita słowiańszczyzna”

Opublikowano Ciekawostaki | Otagowano | Dodaj komentarz